wtorek, 13 listopada 2018

PAN PRZYPADEK I KRYMINALIŚCI - DZIESIĘCIU MULATKÓW - ODCINEK 13


Podkomisarz Łoś w zasadzie nie miał powodów do zadowolenia. Obydwa przesłuchania w sprawie zabójstwa Eleonory Pahl, choć przyniosły kilka nowych informacji, nie posunęły sprawy do przodu. Na szczęście poczucie własnej klęski zawsze jest mniejsze, gdy ktoś obok przegra jeszcze bardziej. A podkomisarz Łoś czuł, że Jacek również nie dowiedział się zbyt dużo. Przynajmniej miał taką nadzieję.
– No i co, panie detektywie? – zagadnął policjant. – Czy już pan wie, jak oczyścić swojego klienta z podejrzeń?
– Moim klientem nie jest pan Kowalski, ale pan Niedobijczuk. A dla niego Kowalski mógłby zostać w więzieniu, tylko na szczęście dla mnie o tym nie wie.
– Nie rozumiem. – Podkomisarz Łoś zerknął na starszego aspiranta Smańkę i zauważył, że on też nie ma pojęcia, o co może chodzić detektywowi, dlatego machnął lekceważąco ręką. – Zresztą nieważne. Co pan teraz proponuje?
– To przecież pańskie śledztwo.
– No tak, rzeczywiście – zreflektował się Łoś. – Tak więc… Co to ja chciałem… znaczy… W zasadzie trudno powiedzieć, co teraz należałoby zrobić. Dowodów winy tego Kowalskiego niby nie ma. Ale też nie da się oskarżyć nikogo innego. Ciachorowicz wprawdzie ukrywał swoje uczucie do pani Pahl, ale nie mamy żadnych dowodów mogących świadczyć o jego winie. Poza jego słowami nie ma też żadnych dowodów potwierdzających, że pani Pahl rzeczywiście sporządziła testament na korzyść pana Kowalskiego, wydziedziczając wnuka.
– To prawda, ale jeśli tego nie zrobiła, a Ciachorowicz nam to sugerował, to znaczy, że miał jakiś interes w rzuceniu podejrzeń na wnuczka, tak jak wcześniej na Kowalskiego. Jeśli zaś mówił prawdę, to mamy motyw dla pana Brytana.
– Tak, tylko że brak na to dowodów. A na podstawie tego, co mam, nie mogę nawet zarządzić obserwacji.
– Obserwacją zajmę się ja.
– Będzie pan ich śledził? – Łoś i Smańko spojrzeli na Przypadka z niedowierzaniem. Sami obserwowali detektywa od ładnych paru lat i nie zauważyli, aby choć raz osobiście zajmował się śledzeniem podejrzanych.
– Nie ja. Moi ludzie.
– Ma pan swoich ludzi? – Zdumienie policjantów rosło w postępie geometrycznym.
– Przecież panowie wiedzą, że czasem pomagają mi bezdomni.
– No tak… Ale oni nie nadają się do poważnej obserwacji – zauważył bez złych intencji starszy aspirant, a podkomisarz Łoś dodał:
– Przecież ich można wyczuć na odległość.
– Doprawdy? A wyczuł pan albo zauważył mojego człowieka, który przygląda się nam od dobrych kilku minut?
Podkomisarz Łoś rozejrzał się wokoło. Potem zrobił to drugi raz. A potem jeszcze trzeci. Wreszcie zmierzył spojrzeniem detektywa.
– Proszę się nie zgrywać. Tu nikogo nie ma.
– Doprawdy? – powtórzył Jacek, skinął ręką i nagle od szarej ściany kamienicy oderwał się jakiś niewyraźny kształt. Dopiero po chwili podkomisarz Łoś rozpoznał w nim człowieka, który zbliżał się do nich, utykając na prawą nogę. Górną wargę z jednej strony miał uniesioną jakby w wyrazie wiecznej złości, a na głowie zawiązaną niegdyś wzorzystą, choć teraz w zasadzie jednobarwną, chustę.
– Uszanowanie, szefie. – Mężczyzna podał na powitanie rękę Jackowi, a następnie ukłonił się nisko policjantowi. – Dzień dobry, panie generale. – Łoś na wszelki wypadek schował ręce do kieszeni i nie chodziło o to, że nie rozpoznaje bezdomnego. – To co jest, bierzemy się za nich?
– Tak, Kikut. Pełna obserwacja – zarządził detektyw.
– Sporo ludzi będzie trzeba – zafrasował się Kikut, unosząc jeszcze wyżej prawą górną wargę.
– Dacie sobie radę. Przecież wiecie, że ja uczciwie płacę.
– No tak, szef jest porządna firma. – Kikut z uznaniem pokiwał głową. – Ale koszty ostatnio wzrosły, akcyza podskoczyła. – Oblizał spierzchnięte wargi.
– Uwzględnię to przy rozliczeniach. Wiecie, kogo obserwować?
– Tak jest! – Kikut wyprostował się niemal na baczność i zasalutował do chusty. – Będziem na bieżąco informować. Odmeldowuję się. – Chciał odejść, ale Jacek go zatrzymał.
– Poczekaj chwilę. – Przypadek spojrzał na Łosia. – Ma pan te zdjęcia, panie podkomisarzu?
– Tak, ale nasi specjaliści uważają, że ta rzeźba na pewno już dawno została wywieziona z Polski. – Policjant podał detektywowi kilkanaście odbitek fotografii przedstawiającej Wenus i trzech kochanków. Jacek wręczył je Kikutowi, mówiąc:
– Szukamy też tego.
– A co to za złom? – Bezdomny krytycznie przyjrzał się dziełu sztuki. – To wygląda na miedź, za całość można wziąć nie więcej niż paręnaście złotych.
– Za znalezienie dostaniecie dodatkowo dziesięć tysięcy.
– Żarty, szefie? – Kikut spojrzała na Przypadka, a następnie przeniósł wzrok na Łosia. – Panie generale, to policja tyle za to płaci?
– To jest dziesięć procent obecnej wartości – wyjaśnił Jacek. – Ale w Polsce jest tylko kilka osób gotowych tyle zapłacić, a ty na pewno nie znasz i nigdy nie poznasz żadnej z nich, więc pamiętaj, że bardziej ci się opłaci oddać to mnie.
– Ależ oczywiście, w życiu bym nie próbował przytulić tego na boku – zarzekał się bezdomny, ale teraz wpatrywał się w kawałek metalu na zdjęciu, jakby nagle odkrył, że jest z najczystszego złota. – No to się odmeldowuję. – Kikut, kuśtykając niespiesznie, odszedł kawałek i wtopił się w szarość ulicy.
Podkomisarz Łoś patrzył za nim jak zahipnotyzowany i przecierał oczy, starając się zauważyć, gdzie w tej chwili jest bezdomny. Nic to jednak nie dawało i policjant zaczął się nawet zastanawiać, czy to wszystko mu się nie przywidziało.
– Czy on mnie skądś zna? – zapytał w końcu Przypadka.
– Tak jak pan jego. Był zamieszany w sprawę profesora de Boutiera…
– Ach tak, pamiętam go jakby przez mgłę… Chociaż ci bezdomni wydają mi się tacy do siebie podobni.
– I to jest ich siłą podczas obserwacji. Nikt ich nie rozróżnia. A nawet nie zauważa. Choć rzeczywiście nie mogą podchodzić na bliżej niż kilka metrów, bo da się ich wyczuć.
– Aha. – Łoś pokiwał głową bez przekonania. – Czyli co, teraz tylko obserwacja?
– Ja chwilowo nic więcej nie mogę zrobić. Zwłaszcza że muszę się przygotować, bo za tydzień jestem przesłuchiwany przez przeuroczą prokurator Sapkowską. – Jacek wydawał się zachwycony tym faktem, co wzbudziło duże zdziwienie policjantów, szczególnie starszego aspiranta.
– Słyszałem, że to straszna żyleta i lepiej nie wchodzić jej w drogę.
– Poradzę sobie, przecież znam się z nią nie od dziś – skwitował lekceważąco Jacek. – A panu, panie podkomisarzu, radziłbym na początek zamknąć mieszkanie denatki.
– Po co? Ja wiem, że to miejsce zbrodni, ale wszystko tam zostało przeszukane i znaleźliśmy już, co mieliśmy znaleźć.
– Tak? A ta figurka? Jestem pewien, że nie leżała po prostu w szufladzie czy gdzie indziej na wierzchu. Skoro Marek Brytan ją znalazł, to znaczy, że przeszukiwał dokładnie mieszkanie. A skoro to robił, to znaczy, że jednak wierzy w istnienie testamentu.
– Mógł go równie dobrze znaleźć i spalić.
– Nie sądzę. Wtedy nie pokazywałby nam tej figurki. Ale chciał nam udowodnić, że jego babcia prawdopodobnie dopięła swego z panem Kowalskim, więc nie musiałaby go nakłaniać testamentem. I myślę, że on nadal nie ma pojęcia, gdzie jest testament, co go bardzo niepokoi. Jeszcze bardziej się zdenerwuje, gdy odetniemy mu dostęp do mieszkania. Tak jak Ciachorowicz.
– On tam i tak nie może wchodzić.
– Za to na pewno zaniepokoi go fakt, że policja zapieczętowała mieszkanie. I może popełnić błąd.
– Dobrze, mogę zamknąć to mieszkanie, a nawet zarządzić jego ponowne przeszukanie. Chociaż nie wierzę w efekty. To wszystko?
– Powinien pan zbadać jeszcze odciski palców na tej figurce.
– Po co? Przecież dotykał jej Brytan, więc to nam nic nie da…
– Za to jeśli dowiemy się, kto jeszcze jej dotykał bądź nie, to będziemy dużo mądrzejsi…

PAN PRZYPADEK DO KUPIENIA

Jak wiadomo jestem nieprzekupny. Co nie znaczy, że nie można mnie kupić. Na początek TUTAJ, a wkrótce również w innych księgarniach. Miłej lektury!




czwartek, 8 listopada 2018

PAN PRZYPADEK I KRYMINALIŚCI - DZIESIĘCIU MULATKÓW - ODCINEK 12


Kaja Figacz spojrzała na Janka Kowalskiego z mieszaniną zdziwienia i przerażenia. Nigdy w życiu nie pomyślałaby, że poprosiłby ją o coś takiego. Tak, na pewno wiedział, że zrobiłaby dla niego wszystko, jednak to jego życzenie było tak… Tak dziwaczne, że nie wiedziała, co ma na nie odpowiedzieć.
– Zrobisz to dla mnie? – upewnił się Kowalski.
– Ja… – Zawahała się. – Ja nie wiem, czy powinnam tam iść…
– Przecież nic ci nie grozi – zapewnił ją chłopak.
– Sama nie wiem, czy powinnam.
– Nie robisz nic złego. To należy do mnie. I do nikogo innego.
– Ale to jest w mieszkaniu tej kobiety. – Dziewczyna się skrzywiła, bo nigdy nie przepadała za panią Pahl, chociaż Eleonora często deklarowała, że chętnie przyłączyłaby się do różnych inicjatyw organizowanych przez takich młodych, sympatycznych ludzi jak Kaja.
– Jest w moim pokoju, za który mam zapłacone jeszcze za trzy miesiące.
– Nie wiadomo, czy będę mogła tam wejść.
– Masz przecież klucze.
– Jej wnuczek mógł zmienić zamki.
– Nie sądzę. A jeśli nawet, to po prostu powiesz mu, że musisz na chwilę wejść do mojego pokoju.
– Nie pozwoli mi go przeszukiwać.
– To wejdź przez strych. Pokazywałem ci kiedyś, jak to robić.
– Mam się włamać do twojego pokoju?! – powiedziała trochę zbyt głośno, dlatego strażnik pilnujący sali, gdzie odbywały się widzenia, przyjrzał im się uważnie.
– Kaja, to żadne włamanie. To mój pokój.
– I ty możesz tam przebywać. Ja nie.
– Mogę tam zaprosić kogo chcę.
– Ale tylko gdy tam jesteś. – Figacz miała coraz większą ochotę wyjść z widzenia z chłopakiem. Szczególnie że ponury strażnik przyglądał się im coraz bardziej podejrzliwie, a ona zaczęła czuć się jak przestępca planujący zatrzeć ślady zbrodni.
– Czyli nie chcesz mi pomóc?
– Chcę – zapewniła.
– Jeśli ktoś to znajdzie, będę zgubiony i bezbronny.
– Jeśli do tej pory nikt tego nie znalazł…
– No właśnie tego się boję najbardziej. To może być dla mnie bardzo niebezpieczne. I czuję, że ktoś o tym już wie. Jeśli się nie pospieszysz, może być za późno – powiedział Janek, a Kaja po raz pierwszy w życiu pomyślała, że trochę się go boi.
Jego odmienność zawsze ją pociągała, więc złościła się czasem, gdy on podkreślał, że jest zwykłym Polakiem. Sama jednak uważała go za kogoś takiego i nie widziała w jego zachowaniu niczego, co mogłaby określić jako niepolskie czy też raczej nieeuropejskie. A już na pewno nigdy nie było w nim niczego, co mogłaby nazwać afrykańskim dziedzictwem. Aż do dzisiaj.
– Kto może o tym wiedzieć? – zapytała ostrożnie.
– Ten Przypadek.
– On chce cię uwolnić.
– On chce wydać kryminał swojej mamy. I jest mu obojętne, czy będę siedział czy nie.
– Ale skąd możesz wiedzieć, że on o tym wie?
– Mówiłem, czuję to – orzekł z pełnym przekonaniem Kowalski i dla potwierdzenia swoich słów skrzywił się, jakby go chwycił nerwoból.
– Daj spokój, to niemożliwe. Takich rzeczy nie można czuć.
– Ale ja to czuję. Zaufaj mi. – Kowalski chwycił Figacz za rękę, a ona mogłaby przysiąc, że w tej chwili usłyszała afrykańskie bębny i głos szamana odprawiającego swoje czary.
– A jeśli tego nie znajdę?
– To powiem ci, do kogo musisz pójść, żebym mógł się obronić. To wielki czarownik, najlepszy w Polsce.
– Janek, daj spokój. Nie chcę słuchać o żadnych czarach i zabobonach. Jest dwudziesty pierwszy wiek i nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzy w takie głupoty! – Kaja wyróżniała się tym w swoim środowisku, że była daleka zarówno od wiary przodków, jak i swych znajomych otaczających się przeróżnymi amuletami, stawiającymi tarota i wierzącymi w tym podobne bzdury.
– Myślałem, że szanujesz kulturę, z której się wywodzę. – Kowalski wiedział, że gra nieczysto, szantażując dziewczynę tym stwierdzeniem. Ale bardzo mu zależało, żeby Figacz spełniła jego prośbę. Zwłaszcza że znów poczuł jakieś dziwne bóle przeszywające jego ciało. – Widzisz?
– Widzę, że pewnie mieszkasz w słabo ogrzewanej celi, a zawsze źle znosiłeś chłód. I nic ci nie grozi, bo jesteś niewinny.
– To ty tak uważasz – powiedział Kowalski i szybko odwrócił wzrok.
– A może jest coś, o czym nie wiem? – Kaja przyjrzała mu się uważnie.
– Jeśli mi nie pomożesz, może już nie być dla mnie ratunku. – Ścisnął ją za dłoń tak mocno, że niemal krzyknęła z bólu.
– A co mam zrobić, gdy to znajdę? – zapytała zrezygnowana.
– Spal to. Ale dokładnie, żeby nie został najmniejszy ślad. Wtedy na pewno niczego nie będą mogli mi udowodnić.