piątek, 12 października 2018

PAN PRZYPADEK I KRYMINALIŚCI - DZIESIĘCIU MULATKÓW ODCINEK 1


Wszystko, co najmodniejsze w stolicy, siedziało każdego popołudnia i wieczora w Diabelskim Kotle. Autor daruje sobie jednak szczegółową charakterystykę bywalców tego jakże popularnego lokalu. Współczesne mody mają bowiem to do siebie, że przemijają zwykle tak szybko, iż zanim skończy tę książkę, wszystkie ubrania, fryzury, poglądy oraz każda inna rzecz, z którą się manifestacyjnie obnosili, skończy już na śmietniku historii, odchodząc w słuszne zapomnienie. Za cały ich opis niech wystarczy to, że byli to ludzie zawsze na czasie, a Czytelnik w trakcie lektury nałoży sobie na ich osoby najnowsze trendy.
Taki też był Arnold Niedobijczuk, personal menager Polskich Książek, siedzący nad sojową latte i czytający w „Nowym Życiu” o głośnym ostatnio zabójstwie Eleonory Pahl: Zwłoki denatki (65 l.), znanej kolekcjonerki dzieł sztuki nowoczesnej, zostały znalezione w jej mieszkaniu. Policja na razie nie ustaliła, co było motywem zbrodni. Z mieszkania zniknęło niewiele przedmiotów, między innymi niezwykle cenna rzeźba „Wenus i trzech kochanków” Pabla Krulikowskiego. Głównym podejrzanym jest według policji wynajmujący u denatki pokój Jan Kowalski (25 l.) (zgodził się na podawanie nazwiska)…
A dlaczego miałby się nie zgodzić! – prychnął Arnold Niedobijczuk, odkładając gazetę. – Przecież Kowalskich tu jak psów. Za to Afropolaków tyle, co kot napłakał…
Ta myśl spowodowała, że znów zaczął się zastanawiać, do kogo w tej chwili zadzwonić z pytaniem o pracę. Nie, nie był bezrobotny. To znaczy jeszcze nie był, bo jego wypowiedzenie   znajdowało się zapewne w komputerze działu kadr światowego giganta wydawniczego Universe Book, które pośrednio, przez spółkę Polskie Książki, było jego pracodawcą. Wręczą mu je najpóźniej za dwa tygodnie. Wtedy zadzwoni do niego z Londynu pan Jonas Mtambo i zapyta, czy już zatrudnił w dziale redakcyjnym kogoś co najmniej z pięćdziesięcioprocentowym udziałem afrykańskich korzeni, a Niedobijczuk będzie mógł tylko bezradnie rozłożyć ręce. Na nic się zdadzą tłumaczenia, że w Polsce ciemnoskórych mieszkańców jest ułamek procenta a on już i tak dokonał cudów, znajdując dziewięć osób pracujących obecnie w dziale dystrybucji, promocji i marketingu oraz handlowym.
Pana Jonasa Mtambo nie wzruszy również to, że Polskie Książki to w tej chwili jedyna firma w tym kraju, gdzie biali heteroseksualni mężczyźni stanowią ledwie jedną piątą zatrudnionych, a Arnold Niedobijczuk musiał się nieźle namęczyć, wyszukując przedstawicieli odpowiednich mniejszości rasowych i erotycznych, czasem nawet przymykając oko na to, że ich kompetencje nie do końca odpowiadają powierzonym zadaniom. Niestety, w wypadku pracownika działu redakcji wytyczne globalnej czapy były równie nieubłagane jak przy doborze rasowym. Korektorem mógł zostać tylko ktoś, kto ukończył miejscową filologię. Czyli w Polsce musiał być polonistą.
Jeszcze kilka tygodni temu Arnold Niedobijczuk miał nadzieję, że przeglądając spisy absolwentów filologii z całego kraju, w końcu natknie się na taką osobę. Ale żadne z nazwisk z ostatnich dziesięciu lat nie dawało nadziei na afrykańskie korzenie ich właściciela. Dlatego pogodzony był już z tym, że wkrótce straci pracę. Musiałby się zdarzyć cud, a jako zdeklarowany materialista nie uznawał sił nadprzyrodzonych. Chociaż z drugiej strony, gdyby Pan Bóg, w którego nie wierzył, zechciał mu ten cud zesłać, to on mógłby łaskawie w niego uwierzyć i nawet pójść kiedyś do kościoła. Może nie od razu na mszę, ale jajka poświęcić.
Ale cuda się nie zdarzają…
– U nas na polonistyce… – Arnold usłyszał ten tekst jednym uchem i zerknął w stronę stolika, skąd padły te słowa.
Zobaczył tam dwóch brodaczy z modnie ufryzowanymi włoskami, którzy słuchali trzeciego kolegi, odwróconego w tej chwili do Niedobijczuka plecami. Ten trzeci miał na sobie bluzę dresową z narzuconym kapturem i to pozwoliło personalnemu z Polskich Książek popuścić nieco wodze fantazji i zobaczyć w nim czarnoskórego rapera po polonistyce. Dlatego kiedy Arnold ujrzał dłoń w kolorze hebanu sięgającą po szklankę na stoliku, pomyślał, że powinien ograniczyć nieco środki, którymi od czasu do czasu starał się poszerzyć swoją niezbyt wielką wyobraźnię. Na wszelki wypadek przetarł ręką oczy, ale palce wystające spod rękawów bluzy wciąż były czarne!
Niedobijczuk poczuł się nagle mocno wierzący i błyskawicznie stanął obok stolika, chcąc sprawdzić, jakiego koloru twarz kryje się pod kapturem. Nie mogło być wątpliwości. Wprawdzie w rysach krył się jakiś ślad europejskości, ale dużo więcej widać w nich było afrykańskich korzeni.
– Mam cię! – zawołał ucieszony, a w duchu jeszcze dodał: Mam dziesiątego Mulatka!
Na wszelki wypadek chwycił też za ramię siedzącego, aby mu nie uciekł, a może aby ostatecznie się przekonać, że nie jest wytworem jego wyobraźni.
– Ja tego nie zrobiłem! – zaprzeczył energicznie Mulat.
– Zostaw go, rasisto! – krzyknęła nagle histerycznie dziewczyna siedząca obok Mulata. Miała na policzku trzy świeże blizny jak kiedyś Bruce Lee w filmie Wejście smoka, a sama wyglądała nie mniej groźnie niż mistrz sztuk walki. – To nie on ją zabił! To jej wnuczek faszysta albo ten sąsiad trep!
Wrzeszczała dalej, ale Niedobijczuk tego nie słyszał, bo był jak w transie. Chwycił mocniej Mulata i chciał go zaciągnąć do swojego stolika. I może by mu się to udało, ale dziewczyna go odepchnęła. Stracił równowagę. Posiadacz bluzy wykorzystał to i błyskawicznie ruszył do drzwi wyjściowych.
Niedobijczukowi zrobiło się gorąco. Jego dziesiąty Mulatek wybiegł na ulicę. Rzucił się za nim, roztrącając wszystkich po drodze. Na ulicy zauważył, jak chłopak znika za rogiem. Krzyknął „Stój!”, ale uciekający nawet się nie zatrzymał. Za to Arnold miał wrażenie, że nie jest jedyną goniącą osobą, co nawet go ucieszyło, bo zwiększało szansę sukcesu. A ta nie była zbyt wielka. Uciekał przed nim facet młodszy o piętnaście lat, na dodatek wywodzący się z kontynentu, z którego, pośrednio lub bezpośrednio, pochodzili najlepsi sprinterzy świata.
Szczęście zdawało się jednak sprzyjać Niedobijczukowi. Mulat potknął się o krawężnik i choć szybko się podniósł, to wyraźnie kulał, a na dodatek brakło mu koncepcji, dokąd ma uciekać. Dlatego po dwóch minutach Arnold, ledwie dysząc, stanął naprzeciwko niego w ciemnym zaułku.
– Nie bój się, nic ci nie zrobię. Mam dla ciebie propozycję świetnej pracy. Posłuchaj…
Niestety, zanim Niedobijczuk zdołał wyłożyć swoją ofertę, ktoś go uprzedził.
– Nie ruszać się, komisarz Dynda, komenda stołeczna! Podnieś ręce i odwróć się tyłem do ściany! – Zza pleców personalnego Polskich Książek odezwał się zdecydowany głos. – Janie Kowalski jesteś aresztowany pod zarzutem zabójstwa Eleonory Pahl!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz