czwartek, 19 października 2017

PAN PRZYPADEK I KOBIETONY - ODCINEK 14

Ktoś mógłby uznać, że Jacek jest w gruncie rzeczy maminsynkiem. No bo jak nazwać faceta, który w wieku trzydziestu dwóch lat stara się przynajmniej dwa razy w tygodniu jadać obiady u swojej rodzicielki i od pewnego czasu spędza z nią więcej czasu niż z jakąkolwiek inną kobietą, pani Irminy Bamber nie wyłączając? Na szczęście, jak już wyznał dawno temu Autorowi książek o nim, ostatnią rzeczą na świecie, którą by się martwił, jest to, co ktoś sobie o nim pomyśli. Dlatego bez odrobiny skrępowania odwiedzał swoją mamę często, uważając to nawet za swego rodzaju obowiązek w sytuacji, w jakiej się znalazła.
I nie chodziło tu tylko o rozwód, lecz także o fakt, że jeszcze przed świętami, w ramach prezentu pod choinkę, wydawcy gremialnie odrzucili najnowsze dzieło pani Felicji Przypadek, którym był kryminał retro. Jacek poczuwał się do winy, bo wcześniej wymigał się od lektury maszynopisu. Matka nie miała mu tego wprawdzie za złe, lecz nie skorzystała z jego rady i nie dała do przeczytania swojej książki innym znajomym, tylko postanowiła ją od razu przesłać wydawcom. Stwierdziła, że i tak nie jest w stanie napisać tego lepiej, dlatego powinna spróbować wskoczyć na wysokiego konia. Boleśnie się przy tym potłukła, a Jacek przekonywał się o tym za każdym razem.
– Nie powinnam sobie robić zbyt dużych nadziei – zaczęła narzekać zaraz po tym, jak nalała Jackowi talerz pysznej zupy ogórkowej. – Ale wiesz, to wszystko przez to, że po rozwodzie z Fryderykiem poczułam się nagle taka jakaś odblokowana i wydawało mi się, że naprawdę znakomicie mi się pisze. Myślałam, że ta moja niemoc twórcza to przez to nieszczęśliwe małżeństwo…
– Tak było, mamo.
– Dzięki, synku, ale nie pocieszaj mnie. Gdyby ta książka była chociaż średnia, ale oni nie widzieliby jej w swoich planach wydawniczych, po prostu by mi podziękowali jakimś zdawkowym listem. Gdyby była tylko słaba, zwyczajnie by mi nie odpowiadali, bo nie mają takiego obowiązku. A oni wysmażyli takie epistoły, że to rzecz niewiarygodnie naiwna, niespójna, wręcz beznadziejna, i poradzili, żebym sobie dała spokój z tym niełatwym gatunkiem. I że w kryminale retro ważne jest trzymanie się pewnych realiów…
– No bo rzeczywiście ta twoja teoria z prapradziadkiem Jackiem i Agathą Christie jest odważna. Trudno, by ktoś uwierzył, że to on był pierwowzorem Herkulesa Poirota – zauważył dyplomatycznie detektyw.
– Mam dowody, choćby ten twój melonik w spadku po pradziadku, jego nawet nazywali Pan Melonik, bo go właściwie nie zdejmował. Poza tym to jej słynne zdanie: „Przypadek jest najlepszym detektywem”… – Urwała i spojrzała zdziwiona na syna. – A ty skąd wiesz o tej teorii? Przecież nie czytałeś mojej książki.
– Skończyłem ją dziś o drugiej w nocy.
– Ale jak? Nawet jej ode mnie nie wziąłeś.
– W trakcie ostatniej wizyty pozwoliłem sobie pożyczyć jeden z maszynopisów. Nie gniewaj się, mamo, ale wolałem ci o tym nie mówić, ponieważ nie chciałem ci sprawić przykrości swoją opinią.
– Ale wydało się. I co, rzeczywiście jest taka zła?
– Jest rewelacyjna. – Jacek podał matce talerz z wyraźną prośbą w oczach o dokładkę.
– Żartujesz? – Pani Felicja stała na razie nieporuszona z talerzem w ręku.
– Absolutnie nie. Inaczej wystrzegałbym się przyznania, że znam treść. Uważam jednak, że to znakomita rzecz, dlatego mogę ci o tym powiedzieć.
– Pocieszasz mnie? Na pewno mnie pocieszasz. Wprawdzie sądzę, że ci wydawcy ocenili mnie chyba trochę zbyt surowo, lecz gdyby ta książka była rewelacyjna, toby jej tak nie zjechali w swoich wewnętrznych recenzjach.
– Nie pytaj mnie, nie jestem znawcą rynku wydawniczego. Czasem sam się zastanawiam, dlaczego coś zostało wydane i ma tak świetne recenzje,  choć czytać się tego nie da. Skoro jednak mi nie wierzysz, zrób tak, jak ci wcześniej radziłem. Wybierz kilka osób, którym ufasz i o których wiesz, że nie będą cię głaskać, i daj im to do przeczytania. Wtedy przekonasz się sama. Ale wcześniej, proszę cię, nalej mi kolejny talerz tej nieziemsko dobrej ogórkowej. I uwierz, że chwalę tę zupę nie tylko dlatego, żeby sprawić ci przyjemność.
– W to akurat wierzę. Zawsze wierzyłam, że jestem mistrzynią w gotowaniu zup dla mojego syna – powiedziała pani Felicja, uśmiechając się gorzko.
– Zobaczysz, za rok czy dwa będą o tobie mówili królowa kryminału retro.
– Ale ja nie znam więcej historii o prapradziadku Jacku.
– Pogrzebiesz w papierach, coś wyszperasz. Zresztą tu też dorzuciłaś sporo od siebie, żeby ubarwić tę historię.
– Tylko jak ja zostanę tą królową, jeśli nikt nie będzie chciał mnie wydać? – zapytała pani Felicja, stawiając przed Jackiem kolejny talerz zupy ogórkowej.
– Przecież jeszcze kilku mniejszych wydawców ci nie odpowiedziało.
– Dwóch, może trzech… Ale to nieduże oficyny.
– Od czegoś trzeba zacząć. Może powinnaś poszukać jakichś innych? A na początek mówię ci, daj to do przeczytania kilku osobom, wrócą ci wiarę w siebie. Tylko nie ojcu, bo on w tej chwili uznałby to na pewno za genialne.
– To fakt. Cały czas szuka pretekstu do kontaktu ze mną. – Pani Felicja powiedziała to bez pretensji, a nawet z nutą pewnej satysfakcji. – Ostatnio też wymyślił sobie, że po coś tu wpadnie, ale powiedziałam mu, że każdą rzecz sama mu odniosę do kancelarii… Naprawdę myślisz, że ktoś pokusi się o wydanie tej książki?
– Jeśli tak się nie stanie, przyjmę za darmo sprawę od jakiegoś wydawcy, po to tylko, żeby cię wydał.
– Nie wiadomo, czy któryś będzie potrzebował detektywa. Zresztą nie chcę w ten sposób ich zmuszać…
– Ja to zrobię dla ich dobra, żeby nie przegapili takiego bestsellera.
– Jesteś kochany, synku – uśmiechnęła się pani Felicja. – Nikt tak jak ty nie potrafi mi poprawić humoru. Zatem teraz muszę tylko błagać niebiosa o to, żeby jakiś wydawca miał sprawę dla ciebie.
– W razie czego sam kogoś zabiję albo okradnę – stwierdził beztrosko Jacek, ale jego żart nie spodobał się pani Felicji.
– Nawet tak nie dowcipkuj, synku.

– Nie żartuję, mamo. Dla ciebie zrobię wszystko. 

środa, 18 października 2017

PAN PRZYPADEK I KOBIETONY - ODCINEK 13

W przeciwieństwie do starszego aspiranta Smańki pani Łosiowa nie musiała ukrywać swoich uczuć związanych z decyzją męża i owijać w bawełnę tego, co ma do powiedzenia na ten temat. Dlatego też skorzystała z tego prawa natychmiast, gdy małżonek napomknął jej o tym, czym się aktualnie zajmuje.
– Łoś, ty już kompletnie zdurniałeś! – Chwyciła męża za kurtkę, nie pozwalając mu jej włożyć. – Zapomniałeś, do jakiego stanu cię doprowadził?!
– To nie on, tylko ta dziwna Storczyk.
– Nieważne, podejrzewałeś ich, że chcą zrobić zamach stanu i obalić rząd. Musiałam ci baterie do pilota wyrzucić przez okno! Powinieneś się cieszyć, że nie wylądowałeś w wariatkowie. A teraz po prostu zgadzasz się znów na przydział do spraw tego Przypadka?!
– Nie było innych chętnych. Zresztą inspektor Zasada powiedział, że nawet ta Storczyk uważa, że ja ją najlepiej zastąpię. – Łoś bezskutecznie usiłował uwolnić kurtkę z uchwytu żony, ale jego połowica nie miała zamiaru łatwo ustąpić.
– I to nie wzbudza twoich podejrzeń? – Małżonka podkomisarza postanowiła zasiać w nim wątpliwości.
– Nie, dlaczego? – Łoś był autentycznie zdziwiony, dlaczego ma podejrzewać kogoś, kto prawi mu komplementy. – Po prostu doceniła moją robotę. Sama niby odnosiła sukcesy, ale najwyraźniej nie była w stanie wytrzymać, bo odeszła ze służby. To świadczy, że ja się najlepiej do tego nadaję – stwierdził z przekonaniem, które jego żonę raczej napawało przerażeniem niż uspokajało.
– Najlepiej to byś zrobił, jakbyś odmówił.
– Teraz, kiedy mam wreszcie szansę go wyprzedzić?
– Żartujesz, Łosiu? Wiem, że jesteś świetnym policjantem, ale twoim przeciwnikiem jest geniusz i dobrze o tym wiesz.
– Geniusz? – prychnął pogardliwie Łoś. – Nie żartuj sobie. I zapamiętaj, że w sprawie tej Wasowicz ja pierwszy dopadnę mordercę.
– Oj, Łosiu, Łosiu. Ścigasz się z nim prawie od dwóch lat. I co? Daj sobie z nim spokój. Tylko się męczysz, a ja razem z tobą.
– Ty? – Podkomisarz spojrzał zdziwiony na żonę, bo dotąd mu się wydawało, że Przypadek jest jej najzupełniej obojętny.
– Tak, ja. Cały czas mi się wypłakujesz, kogo to ważnego nie musiałeś przez niego aresztować i ile masz z nim kłopotów, chociaż tak naprawdę do pięt ci nie dorasta. Ale od dzisiaj dosyć z tym, nie chcę o nim słyszeć więcej ani słowa!
– To mam ci już więcej nie mówić o swojej pracy? – Podkomisarz spojrzał zdziwiony na żonę, bo przez dwadzieścia pięć lat ich małżeństwa pani Łosiowa nie przegapiła żadnej okazji, aby zdobyć jak największą ilość informacji o wszystkim, co dotyczyło jej męża.
– Nie, jeśli będzie to miało jakikolwiek związek z tym detektywem. – Pani Łosiowa puściła kurtkę męża.
– Jak sobie chcesz – stwierdził podkomisarz w gruncie rzeczy ucieszony, że nie będzie musiał zdawać szczegółowych relacji z tego, co dzieje się w pracy, i uśmiechnięty wyszedł.
Pani Łosiowa wyjrzała przez okno i z rosnącym niepokojem stwierdziła, że jej mąż idzie, pogwizdując pod nosem, co było u niego oznaką największego zadowolenia. Już od dawna nie widziała, żeby szedł w takim nastroju do pracy, która jeszcze przed pojawieniem się w jego życiu detektywa Przypadka wyraźnie nużyła go i męczyła. A teraz jakby odzyskał niespodziewanie świeżość i energię.

„Musi coś kombinować. Przecież to niemożliwe, żeby on go… – Na samą myśl pani Łosiowa się wzdrygnęła. – Nie, to absurd. Zenon nigdy by tego nie zrobił. Musiał coś wymyślić. Coś bardzo głupiego. Powinnam była się zorientować, gdy przestał czytać te swoje stare milicyjne kryminałki i wziął się do czytania Agathy Christie! Znów muszę na niego uważać. W razie czego pójdę do Zasady. Chyba mi nie odmówi po starej znajomości”. 

wtorek, 17 października 2017

PAN PRZYPADEK I KOBIETONY - ODCINEK 12

Jacek półprzytomnym wzrokiem spojrzał na zegarek stojący na lampce nocnej obok jego łóżka. Następnie przetarł powieki, żeby się upewnić, czy dobrze zobaczył godzinę. Nie było cienia wątpliwości. Szósta rano. Przecież domofon został już naprawiony. A może zegarek się popsuł? Przyłożył go do ucha. Cykał. Sięgnął więc po komórkę. To jednak nic nie zmieniło. Na niej również wyświetlała się godzina szósta rano. Kto więc, u licha, dobija się do niego o tej godzinie?! Bez względu na to, kto to był, czekała go z pewnością ostra reprymenda od Jacka.
Przypadek starał się jak najszybciej dotrzeć do drzwi, żeby przerwać świdrujący dźwięk dzwonka. Nie było to łatwe, gdyż wprawdzie nie spał, ale obudzony do końca też nie był. Wyjrzał przez wizjer i zobaczył świetnie znaną sobie z ekranów telewizorów twarz. Na korytarzu stała jedna z czołowych postaci polskiego ruchu feministycznego Edyta Staniec.
– Szanowna pani, przyjmuję od dziewiątej rano – powiedział głośno, żeby być dobrze słyszanym po drugiej stronie wciąż zamkniętych drzwi. – Najlepiej po wcześniejszym umówieniu się.
– O dziewiątej już będzie za późno. Ja muszę wiedzieć, dlaczego pan mnie podejrzewa o zabójstwo Indży!
– O nic pani na razie nie podejrzewam.
– Niech pan nie kłamie! Nawet w gazetach już o tym piszą!
Jacek zerknął przez wizjer i zobaczył, że Edyta Staniec trzyma w ręku płachtę gazety. Sięgnął więc po płaszcz, którego nie zdążył oddać do pralni po zalaniu go kawą przez Marzenę. Skoro feministka postanowiła odwiedzić go o tak pogańskiej porze i udało jej się dotrzeć w to miejsce mimo domofonu i niechęci do wpuszczania obcych przez mieszkańców kamienicy przy Koneckiej 40, to z pewnością nie da się jej odgonić od drzwi, które właśnie otwierał.
– Jest pan nagi? – zapytała Staniec, widząc Przypadka ubranego w długi płaszcz.
– Tak lubię spać.
– Sam? – Rozejrzała się w poszukiwaniu pospiesznie porzuconych części damskiej garderoby i ze zdziwieniem stwierdziła, że nic takiego nie widzi.
– Zarówno sam, jak i z kimś. Wolno mi chyba? Zwłaszcza o szóstej rano.
– To niegrzeczne tak witać gości bez względu na płeć. Powinnam się tego spodziewać. Jest pan przedstawicielem typowo męskiej logiki…
– Aha, to już wiem, jak pani się dostała do kamienicy. – Detektyw zaprosił ją gestem ręki do swojego gabinetu. – Pewnie nakrzyczała pani na jakąś sąsiadkę wyprowadzającą rano psa, że jak pani nie otworzy, będzie sługusem patriarchalnego systemu opresji.
– Skąd pan wie? – Staniec przyjrzała mu się zdziwiona i poprawiła okulary na nosie, co zresztą robiła permanentnie, gdyż nieustannie miała wrażenie, że jej spadają.
– To nie słyszała pani, że z zawodu jestem jasnowidzem?
– Takie bzdury to proszę zachować dla nadwrażliwych, infantylnych kobietek pozostających pod wpływem nieracjonalnych przypuszczeń o determinacji płciowej i astrologicznej.
– Mógłbym odpowiedzieć, że mam na to nawet dokumenty z Izby Skarbowej, płacę podatki od wystawiania faktur za usługi jasnowidzenia, ale pani zapewne uzna to za przejaw samczego patriarchalizmu, który pozwala się krzewić ciemnocie wśród niewiast chodzących do wróżek. Zatem nie będę już pani więcej przekonywał o moich zdolnościach – zgodził się łaskawie Jacek i przed zajęciem miejsca na swoim krzesełku w gabinecie zapiął płaszcz, aby jego gość nie miał szansy zobaczyć zbyt dużo.
– Nie poprosi pan, żebym usiadła?
– Wydawało mi się, że stanowiłoby to niepotrzebną sugestię, iż kobieta musi czekać, aż mężczyzna pozwoli jej usiąść – odparł z uśmiechem Przypadek.
– Nie pozwoli, lecz poprosi! – warknęła Staniec, ale usiadła, nie mówiąc już nic więcej. Mieszkała niedaleko stąd, przy Puławskiej, ale całą drogę biegła i była zmęczona. A jeszcze musiała niedługo wrócić do domu, żeby obudzić i przygotować swoje dzieci do przedszkola i szkoły. – Może mi pan w końcu wyjaśni, dlaczego mnie pan podejrzewa? – rzuciła w stronę Jacka gazetę.
– To nie ja, ale pani Bieńkowska. – Przypadek zerknął na nazwisko dziennikarki podpisanej pod artykułem. – W życiu nie widziałem tej pani, ale zakładam, że jej numer znajduje się w książce telefonicznej pani Kasi, która zadzwoniła do niej od razu po naszym spotkaniu. – Jacek uznał, że nie obowiązuje go już tajemnica spotkania i tak naruszona w szczególny sposób przez drugą stronę.
– Zabiję sukę! – zgrzytnęła Staniec i splotła dłonie tak, jakby właśnie kogoś dusiła. Po chwili spostrzegła jednak, że w obecnej sytuacji nie jest to najwłaściwsza reakcja. – To znaczy, chciałam powiedzieć, że… jej pokażę!
– Wyprze się wszystkiego i każe dzwonić do tej dziennikarki. A ta albo zasłoni się tajemnicą, albo powie, że usłyszała to ode mnie. Najlepiej się pani zemści, mówiąc mi, dlaczego pani podejrzewa, że to ona zabiła Indżę?
– Skąd pan to wie? – Staniec z niepokojem spojrzała na wielką kulę na biurku Jacka z nasuniętym na nią melonikiem. Wzdrygnęła się jednak na samą myśl o tym, że mogła przypuszczać nawet przez moment coś równie niedorzecznego jak to, że właśnie tam detektyw ujrzał odpowiedź na jej pytanie.
– Mógłbym powtórzyć to, że jestem jasnowidzem, ale wtedy pani zarzuciłaby mnie feministyczną nowomową, a na to nie mam ochoty. To dlaczego pani ją podejrzewa?
– Była wściekła na Indżę za męża.
– Czyżby miała z nim romans? Była sporo starsza…
– No i to jest właśnie typowo męskie szowinistyczne myślenie! – Mimo zmęczenia Staniec nie wytrzymała i poderwała się z krzesełka. – Gdyby facet miał pięćdziesiąt pięć lat, a ona trzydzieści pięć, to nikt nie zwracałby uwagi na różnicę wieku. Ale w przeciwną stronę to każdy otwiera oczy ze zdumienia albo zniesmaczony kręci głową. A dojrzała kobieta ma bardzo wiele do zaoferowania mężczyźnie!
– Nie wątpię. Jednak jestem prawie pewien, że swojego męża trzymała pani z daleka od fundacji i broniła się przed zaproszeniami ze strony Indży?
– Skąd pan wie?! – Feministka raz jeszcze zerknęła na szklaną kulę i błyskawicznie wymierzyła sobie karę za myśli pozbawione racjonalnej podstawy naukowej, klepiąc się dłonią w czoło. – A tak, pewnie Bieńkowska panu powiedziała?!
– Pani Katarzyna nie wspomniała o tym słowem. Byłoby to z jej strony nieostrożne, bo gdyby mówiła o pani mężu, zainteresowałbym się jej własnym.
– To skąd pan wie?! I proszę mnie nie karmić bajkami o jasnowidztwie. – Tym razem kobieta nawet nie spojrzała na kulę, ale wskazała na nią oskarżycielsko palcem.
– Dobrze, przyznam się. Doniosły mi o tym krasnoludki. Zadowolona pani?
Staniec zacisnęła mocniej usta i postanowiła sobie, że już nigdy więcej nie zada tego pytania detektywowi.
– A wracając do tego rzekomego romansu męża pani Bieńkowskiej… – kontynuował Jacek.
– Jakiego rzekomego?! Takie są fakty. Kaśka się przez to strasznie kłóciła z mężem i nawet podobno ten wypadek samochodowy to był przez to, że się kłócili.
– To pewnie po tym wypadku cały czas nie może do końca wyprostować lewej ręki?
– Pan się z nią często widuje? – zapytała zaniepokojona Edyta.
– Widziałem ją raz przez pięć minut.
– To sss… – chciała zapytać feministka, ale ugryzła się w język.
– Bo kobiety, jak to ludzie, są banalnie przewidywalne. Jeśli nie ma mi pani nic więcej do powiedzenia, to chętnie bym się jeszcze zdrzemnął, ponieważ do późnej nocy czytałem pewną genialną książkę, a odwiedzam dziś moją mamę i nie chciałbym, żeby pomyślała, iż w ogóle nie sypiam. – Jacek ziewnął głośno.
Staniec z najwyższym trudem powstrzymała się, żeby nie odpowiedzieć na tak ostentacyjne lekceważenie siarczystym policzkiem. Poprawiła jednak tylko na nosie okulary, choć te nie zsunęły się od dłuższego czasu nawet o milimetr, i powiedziała przez zaciśnięte zęby:

– W zasadzie coś mi się przypomniało. Tamtego dnia, gdy zabito Indżę, byłam z Kachą na lanczu…